przeszłość  binaria  teraz  teoria kabaretu  filozofijki  polemiki  główna

ramka
 
   Aborcja bez epitetów
   Nieporadni ateiści
   Dlaczego nie religia
   Resocjalizacja - po bólu
   Płeć i równouprawnienie
   Kościół a seks
   Wolność sumienia
   Wolność równość sprawiedliwość
   Wolność jest przeceniona
   Nie jestem Charlie
   Imigracja czy inwazja?
   Zgoda buduje
   Oświeceni a Ciemnogród
   Niesprawiedliwe stereotypy
   Prawo do szczęśliwego macierzyństwa
   Dobro na odległość

   



nowości okno filozofia
 
     

DOBRO NA ODLEGŁOŚĆ


Ludzie w ogromnej większości mają w sobie potrzebę czynienia dobra. Czasem tylko w mikroskali (wśród najbliższych), a czasem w skali całego świata.

Dzięki wszechobecnemu internetowi można czynić dobro na odległość. Dziecko chore gdzieś tam, biedne zwierzęta, bieda w Afryce, nietolerancja - można udostępniać, komentować, wpłacić, pomóc. Nie ma granic.
Da się czynić dobro na odległość.

Czy aby na pewno?
Załóżmy, że mam kupę kasy (naprawdę dużo!) i czasu.

Mogę uratować życie milionów dzieci w Afryce. Mogę.
Te dzieci dorosną i mogę ich wspomóc, aby nie żyły w biedzie. W jakimś stopniu mogę.
Ale i tak jakiś procent z tych dzieci zjawi się za jakiś czas u granic mojego świata w chęci lepszego życia. Mogę ich przyjąć, zapewnić jakieś warunki pobytu i umożliwić w miarę normalne życie. W jakimś stopniu mogę.
Nie uda się jednak zapewnić ich zadowolenia i samorealizacji. W końcu niektóre z nich zaczną sprawiać kłopoty. Bo życie na marginesie, bo kultura nie taka, bo drugiej kategorii.
W końcu któreś zrobi rozpierduchę na skalę medialną.
Żeby ratować spokój i bezpieczeństwo przybyszów oraz miejscowych, trzeba wspomóc służby zajmujące się bezpieczeństwem. Ograniczyć wolność, zwiększyć inwigilację, zwiększyć nakłady finansowe.

Bo jeśli nie - to część rdzennej ludności zacznie sama zajmować się działaniami odwetowymi.
To też są obywatele drugiej kategorii, tylko rdzenni. Sami czują się mało ważni i pomijani w swoim świecie. Bez wpływu na wielką politykę, na media. Nazywani hołotą, bydłem, rasistami. Więc robią to, w czym mogą poczuć się ważni - pielęgnują narodową tożsamość. Takie jest ich dobro.

Jeśli mam pieniądze i czas dla przybyszów, to mógłbym też pomóc tej rodzimej hołocie. Żeby nie czuli się pomijani i pogardzani.
Ale łatwiejsze wydaje się zakrzyczeć. Znają język - więc powinni zrozumieć co znaczy rasista, bydło i do budy. Spróbować zrobić ich jeszcze bardziej obywatelami drugiej kategorii. Może trzeciej.
Bo pieniędzy i uwagi nie wystarcza dla wszystkich.

Więc mamy już taki obraz: ograniczone wolności, więcej służb, frustracja po obu stronach rośnie.
Przybysze czują się jeszcze bardziej alienowani i sfrustrowani. Miejscowi coraz chętniej zerkają w kierunku rodzimej hołoty.
Czyli trzeba jeszcze bardziej przykręcić śrubę - bo inaczej z którejś strony puści.

I już na pomaganie nie ma kasy ani czasu.
Sytuacja się w końcu tak rozwinie, że ci, którzy będą w większości, zaprowadzą swój porządek. Pokojowo albo siłą.

I tak całe uszczęśliwianie na odległość diabli biorą.
Nie dziwię się, że zaczęło się przekazywanie władzy w ręce tych, którzy bardziej dbają o rodzimych obywateli drugiej kategorii. Zaczyna być ich coraz więcej.
Im więcej uwagi i pieniędzy dla dzieci, zwierząt, normalnych inaczej, przybyszów - tym mniej dla przeciętnych.

Chore dzieci, zwierzątka, nietolerancja, bieda - pomaganie na odległość to marnowanie czasu i pieniędzy. A także rozpraszanie uwagi i wrażliwości.

Jedyny sens ma pomaganie z bliska.
Stykając się osobiście z problemem można z wyczuciem coś dobrego zrobić. I tak z tym wyczuciem nie zawsze jest najlepiej. Ale chociaż można spróbować.

Poprawianie świata na odległość nic nie jest warte. Gorzej - stanowi protezę prawdziwego pomagania z bliska. Wzmaga agresję wobec odmiennych postaw.
Z bliska widać lepiej czy problemem jest brak pieniędzy, czy brak uwagi, czy może niewłaściwe spojrzenie na problem.

Internet ułatwił czynienie dobra na odległość. I często zrobił z tego parodię pomagania.
Lajk - 10gr, udostępnienie - 20 gr. Bijemy rekord polubień. Złapmy zwyrodnialca. Zmieńmy zdjęcie profilowe.
A także propagowanie dobra w agresywny sposób: rasistowskie bydło, faszyści, debile, mordercy…
Sam zaczynam odczuwać narastającą niechęć i agresję wobec takich działań.

Świata z odległości się nie poprawi. Można uzbierać na jakieś jednostkowe operacje, pomóc pojedynczym osobom lub zwierzętom, owszem. Ale świat i ludzie od tego lepsi nie będą.
Zamiast rozpowszechniać, agitować - weź konkretnie pomóż. I już.
Prawdziwe dobro czyni się z bliska. Powoli, na swoją małą skalę. Obok.



P.S. Takie pisanie to też naprawianie świata na odległość. To nikogo nie przekona.
Ale może pozwoli uporządkować myśli tym, którzy sami mają podobne wrażenia.
I dziwią się dlaczego ich to coraz bardziej irytuje.





   


          


      kabaret ADI
      kabaret Potem
      Wytwórnia A'YoY
      klub Gęba
      bok
 
   

można się nie zgodzić:

podpis:
e-mail:
treść:
Wpisy o subtelności goebelowskiej będą kasowane bez względu na opcje.

 
podpis: Julia
e-mail: ...
Gdy sie pomoże sąsiadowi, równie dobrze moze sie okazać, ze mimo pomocy sasiad poderżnie komuś gardło. Pytanie brzmi: Czy pomoc ma zmienić otrzymującego pomoc? Swiat jest duży, potrzebujących masa, wśród nich (jak wśród grubych, zbyt chudych, ludzi bez oka, czy z oczami trzema, itp) zawsze znajda się zwykle mendy czy niedojdy, gotowe rzucić sie swemu wybawicielowi do gardła.
 
podpis: S.
e-mail: ...
Wiadomo, że wszystkiego nie przewidzisz.
Ale świat staje się ładniejszy, kiedy osoby obok są trochę bardziej chętne do pomocy i traktują cię z większą uwagą.
A jak świat staje się ładniejszy to mniej podrzynanych gardeł.
A co do pomagania wszystkim jak leci - to się nie da!
Więc lepiej pomóc tym, o których się trochę wie.
 
podpis: Owsik
e-mail: ...
Pomaganie to też zaspokajanie swojego sumienia. Pomogłem uff jestem dobry... czyki nie taki jak inni - źli. Pomaganie z bliska bardziej uspokaja sumienie. Polecam :)
 
podpis: S.
e-mail: ...
Ale pomaganie z daleka jest dużo łatwiejsze. Pomogłem, nie muszę myśleć czy skutecznie.
Z bliska można się przekonać, że pomoc była na nic.