Laskowik

Platforma Artystyczna Z. Laskowika

Z platformą Laskowika współpracowałem ściśle 4 lata. Później byłem na statusie wolnego artysty.

Zaczynając pracę z Laskowikiem spodziewałem się wręcz eksplozji kabaretowej – bo układ dwuliderowy jest bardzo efektywny. Humor Laskowika jest na pewno inny niż mój, ale wydawało mi się, że to się da pogodzić – i myślałem, że ścieranie się różnych spojrzeń na kabaret może przynieść nowe ciekawe rozwiązania.

Jednak okazało się, że nie było tak dobrze. Nasze widzenie kabaretu różni się na tyle, że zamiast się nawzajem nakręcać – trochę sobie przeszkadzaliśmy.
Laskowik jest komentatorem, ja kreatorem. Laskowik preferuje formy naturalizowane, ja bardziej teatralizowane. Laskowik chce być na bieżąco, ja chciałbym ponadczasowo. Laskowik stale zmienia program, ja jestem zwolennikiem stabilizacji i czyszczenia, Laskowik stara się adresować program do masowej widowni, a ja do wybranej.

No i nie bardzo udało się łączenie tych opcji. W zbyt wielu miejscach się wykluczało pogodzenie obu wizji kabaretu.

Więc z wielkich planów wyszły ostatecznie dwa spektakle “Klimacik” i “Opyra” gdzie toczyliśmy ze sobą nieustanny spór o ostateczny kształt przedstawienia. Uważam, że oba spektakle były ciekawe i śmieszne – ale zabrakło tego ostatniego szlifu, który by uczynił z nich klejnoty sztuki kabaretowej.

Na pewno nie był to dla mnie czas stracony. Wychowany na Laskowiku cały czas podglądałem jego sposoby konstrukcji programu, jego uwodzenie widowni (chociaż same umiejętności nie wystarczą, bo Laskowik ma jeszcze to coś).

Dogadywaliśmy się też bez problemów w sprawach roli kabaretu i aspektach komercjalizacji.

To zresztą miało odbicie w Opyrze, gdzie fabuła spektaklu oparta była na problemie zależności sztuki od pieniędzy. I w sprawach fundamentalnych zgadzaliśmy się w pełni, ale w sprawach szczegółowych rozwiązań nasze widzenie potrafiło być diametralnie różne.

Może różnice by nie były problemem nie do przeskoczenia, gdyby dodatkowo nie przekrój widowni.

Ja przyzwyczajony do widowni nieco młodszej (przynajmniej duchem) musiałem występować dla widowni ustabilizowanej życiowo – co mi dawało dużo mniejszą satysfakcję i też utrudniało przekonywanie Laskowika do bardziej eksperymentalnych rozwiązań. Jedyne przedstawienie które wspominam jako nieskrępowaną jazdę – to było przedstawienie primaaprilisowe – występ o 6.00 rano z biletami za 110 złotych – bo kto normalny idzie na przedstawienie o 6.00 i to za tyle kasy?

Opuściłem Platformę ZL niechętnie, ale ze świadomością, że nie mam innego wyboru. Przez 4 lata zaniedbałem ten rodzaj sztuki kabaretowej który lubię najbardziej. A czas który trzeba było poświęcić na kabaret ZL skutecznie uniemożliwiał mi rozwinięcie się na innym polu.

Ale wspominam dobrze. Taka przygoda z innym rodzajem kabaretu.

www.Laskowik