przeszłość  binaria  teraz  teoria kabaretu  filozofijki  polemiki  główna  filozofijki

ramka publicystyka
 
ZJAWISKA NEGATYWNE:
   sprzedajność
   odmóżdżanie
   miękki kabaret
   przedwczesna półprofesjonalizacja   
   utrata dystansu
   kabaret może być zły
   wulgaryzmy w kabarecie
   przełamywanie granic
 
CIŚNIENIA I MITY:
   fajne życie w kabarecie
   złudzenia i mity
   publiczność nasz pan
   presje i ciśnienia
   seks drugs and ovations
 
NIEPOWAŻNIE:
   ego krytyka sztuki
   ego artysty kabaretowego
   zabawy towarzyskie
 
   westchnienie za przeszłością
   tabela porównawcza




nowości Publicystyka - okno
 
      SPRZEDAJNOŚĆ

To przypadłość. Każdy artysta kabaretowy w pewnym sensie się prostytuuje. Taka profesja.

O ile muzyk, malarz, aktor dramatyczny ma szanse wyjść na czysto - to artysta kabaretowy nie. Nie ma zmiłuj żeby przez długie lata nigdy się nie sprzedać chociaż trochę. Niekoniecznie za pieniądze. Bywa też inna cena - śmiech . Najtwardszy psychicznie w końcu się sprzeda. Jeśli kto stwierdzi, że nigdy się nie sprzedał - nie uwierzę.

Istnieją te dwa rodzaje sprzedajności:

Za pieniądze - i wcale tu nie myślę tylko o występie przed tłustym sponsorem z kasą. Phi. To by było za proste! Myślę o tych, którzy z pełną świadomością przyjmują występ dla nie-tej widowni - przyjmują występ i grają, inkasują i wyjeżdżają - nie rozbawiając widowni, którą sobie uważają za zbyt głupią i drętwą. Przypomina mi to podejście - do łóżka wejdę, ale buzi nie dam, w ten sposób zachowam cnotę.

Za śmiech - taki typ, którego jedynym pragnieniem jest podobać się. Czegokolwiek publiczność zapragnie, on chce się podobać i to wszystko. Zrobi minę, pierdnie, przeklnie.

Obłuda pod tym względem jest dość powszechna w światku kabaretowym. Wielu sprzedaje się za pieniądze, czyli przyjmując występy, którym nie są w stanie podołać. I czują się czyści - bo to ta publiczność za głupia.

Jednocześnie krytykują tych którzy potrafili się skutecznie sprzedać za śmiech i stali się ulubieńcami tłumów. Och, jakże wtedy ubolewają nad marnością Ulubieńców. Że żenada, chałtura, syf. Nierzadko z zawiści, żeby usprawiedliwić swoją nieudolność.

Kabarety zwykle noszą w sobie Ulubieńca - i prawdopodobnie nie dowiemy się ilu z nich gotowych jest na ciężkie brzemię bezwartościowego Ulubieńca w zamian za popularność i pieniądze. Większości zabraknie umiejętności lub szczęścia - a nie charakteru. Ale póki co będą krytykować innych. Dopiero kiedy sami poczują sukces, to delikatnie zaczną brać w obronę to, co niedawno krytykowali.

Co ciekawe - zwykle ci co sami się sprzedają za pieniądze zarzucają Ulubieńcom, że ich produkcje są dla pieniędzy. A pewno - są. Ale zawężenie sprzedajności jedynie do pieniędzy spodobało by się zbyt wielu. Założę się z każdym, że więcej kabaretów jest gotowych sprzedać się w pierwszej kolejności za śmiech niż za pieniądze. Zaczyna się od drobiazgów - mina, żarcik ciut niesmaczny ale śmieszny. i coraz głębiej się brnie. Dla śmiechu zapomina się o estetyce, przyzwoitości, subtelności. byle jeszcze śmieszniej. To co było do niedawna sztuką zamienia się w błazenadę. I to jest prostytucja.

A potem z tego są pieniądze - i to już nie jest prostytucja! To już jest z miłości. Z miłości do poklasku, z miłości do sławy, do fanów. A pieniądze są miłym dodatkiem. Ot jak w małżeństwie.

Bo niby dlaczego sprzedanie się dla pieniędzy ma być większym grzechem niż za śmiech?

Dla mnie jest ważniejsze CO się sprzedaje, a nie za co.

Można się sprzedać w stopniu minimalnym i w stopniu kurewskim. Waluta nie jest tu istotna.

 

www.youtube.com




   


          


      bok
      bok
 
   
można się nie zgodzić:

podpis:
e-mail:
treść:

opinie:

podpis: mulog
e-mail: mulog@interia.pl
nie, pewnie że sie zgadzam. Obiecuje sie zgadzac:)

podpis: Katasia
Tak czytam i czytam, i dobrze, ze ktoś mi wytyka błędy, bo ma rację. A moją rzeczą jest błądzić. Dzieki Sikor, za swiatełko w tunelu i odwagę i krytykę.

podpis: K.
Tekst opisuje paru znajomych kabareciarzy...
Tylko że oni chyba tego nie widzą...

podpis: Robo
e-mail: robofh@wp.pl
Widzieć = przyznać się do własnych błędów, ułomności. A bądźmy szczerzy - jaki artysta jest w stanie przyznać się przed sobą do czegoś takiego w momencie gdy oklaskują go tłumy?

podpis: Robo
No to niech mi ktoś to wreszcie wytłumaczy jak idiocie - czy bycie ulubieńcem tłumów jest jednoznaczne z tym że ktoś się sprzedał, zaprzedał, skurwił? A jeśli nie, to w jaki sposób się wspinał na szczyt sprzedając się tylko tyle ile trzeba? I ile to jest to "tyle ile trzeba"? Gdzie jest jakaś granica?

podpis: Filozoff
e-mail: kamelus15@wp.pl
O tyle o ile za pieniądze sprawa wydaje się dosyć oczywista tak już "kurwienie się" dla poklasku i uciesze tłumów nie do końca.
No bo niby jak można to ocenić?
Tylko dlatego, że dana grupa kabaretowa cieszy się uznaniem?
Przecież KMN nie należy do sprzedajnych.
A są znani i lubiani.

Nie mniej jednak tekst otworzył mi nieco oczy.
Sprzedajność dla poklasku często można zaobserwować w grupie ludzi. Każdy chce zaistnieć.

I nie ukrywam, że również w niektórych sytuacjach zaobserwowałem ją u siebie.
Dziękuję, za otwarcie oczu.
Pozdrawiam.

podpis: S.
e-mail: cepelin@aster.pl
Wychodzi na to, że trochę niejasno piszę.
Nie stawiam znaku równości między dużą popularnością a sprzedaniem się dla poklasku. A niech mnie wszelkie moce bronią!
To prawda, że nie zrobiłem wyraźnego zastrzeżenia i stąd pewnie wrażenie.
Tak samo jak "sprzedanie" się nie oznacza dla mnie jeszcze "skurwienia" - bo każdy kabaret trochę się w życiu sprzedał i nie ma silnych - ale ważna jest ta granica, za którą przestaje się liczyć estetyka, przyzwoitość, gust.
Co innego flirtować z kimś dla korzyści, a co innego lądować w łóżku.
Czy nie?
KMN porzucił np. swoje poetyckie klimaty dla większej skuteczności (a może im samym przestało się to podobać, kto wie?) - ale to się jeszcze nie kwalifikuje na ostre sądy.
Natomiast taki Wyrwigrosz nie przepuści chyba żadnej okazji, żeby wywołać żywą reakcję widowni - nie zważając na to czy żart jest tabliodalny pedofilski czy też jest to przeróbka byle jakiego przeboju na jeszcze bardziej byle jaki.

podpis: mbz
A ja jednak myślę (chociaż może to dowodzić mojego niezrozumienia tekstu, co przeczuwam, i nad czym boleję) że muzyk i malarz też się z definicji prostytuują. Bo żeby tworzyć Sztukę, potrzebujemy odbiorców, prawda? Wnioskując z Pańskiej definicji Sztuki. Potrzebujemy odbiorców, żeby zweryfikować czy to, co tworzymy, gramy, rzeźbimy, fotografujemy dla siebie - czy to jest Sztuka. Już to jest pewnym nieuniknionym sprzedajstwem, bo to, od czego zawsze się zaczyna, czyli tworzenie dla siebie, do szuflady - zmienia się w tworzenie dla publiczności czy odbiorców. W dodatku większość Artystów, artystów i artystóff zaprzecza, twierdząc, że dalej tworzą "dla siebie". W tym kontekście można by było stwierdzić, że wszyscy artyści sprzedają się za potwierdzenie bycia artystami. To gorsze niż sprzedanie się za pieniądze, bo nieuniknione.

podpis: S.
Nie jestem skłonny sie zgodzić, że każda profesja artystyczna ma wpisaną w siebie sprzedajność.
Teoretycznie (utopijnie) nawet kabaret mógłby tego uniknąć.
Nie uważam za sprzedajne tworzenie dla wybranej grupy odbiorców. Starannie wybranej.
Dokładnie jak w przypadku uczuć. Nie jest prostytucją współżycie z osobą w zaangażowaniu emocjonalnym (nawet jak pociąga to jakieś korzyści materialne lub pozamaterialne).
Prostytucja się zaczyna kiedy zaczyna być wszystko jedno z kim - w przypadku artysty dla kogo.
Jeśli artysta tworzy dla odbiorców z którymi czuje więź - a nie ze względów materialnych i prestiżowych - to dla mnie ma czyste konto.

podpis: mbz
może moja gorycz wynika z faktu, że w swojej przyszłości tą nieuniknioną sprzedajność widzę. (kilka słów wyjaśnienia: studiuję dyrygenturę chóralną, i niestety, w tym fachu trudno sobie dobrać odpowiednich odbiorców, zwłaszcza, że zwykle nie ma się wpływu na to, kto na koncert przyjdzie. Chyba żeby za odbiorców mojej "sztuki" uznać samych chórzystów, z którymi jako dyrygent będę pracować. To może być lekarstwo na to "dla kogo".) W każdym razie, dziękuję bardzo za ten tekst. Dużo, dużo dał mi do myślenia. (nawet jeśli przez swoje niezdarne wyrażanie myśli sprawiam wrażenie, że wcale go nie zrozumiałam.)
Oby faktycznie prawdziwe uczucie było tym, co odróżnia od prostuuowania się artystycznego.

podpis: S.
To, że czasem trudno sobie dobrać odbiorców samemu to nie powód żeby nie adresować do takich jakich by się chciało. W sztukach bardziej popularnych z czasem publiczność sama się czyści drogą eliminacji (podobało się - przyjdę jeszcze raz, nie podobało się - noga moja nie postanie więcej)
Ale nawet jeśli nie ma możliwości doboru odbiorców - to uczciwe jest tworzyć dla wybranych odbiorców - aby, kiedy się taki pojawi, był zaspokojony w pełni.