przeszłość  binaria  teraz  teoria kabaretu  filozofijki  polemiki  główna

 
DEFINIOWANIE OCZYWISTOŚCI:
   Definicja szczęścia
   Definicja miłości
   Definicja życia
   Wiara i nadzieja
   Definicja głupoty
   Przyjażń         
   Definiowanie wolności
   Definiowanie prawdy
   Dobro i zło

FAŁSZYWE STEREOTYPY:
   Naiwność          
   Naiwność z ograniczonym zaufaniem
   Narcyzm szczęśliwy
   Znieczulica          
   Pierwsza wymówka
   Różnorodność i tolerancja
   Egoista z głową
   Pozytywne strony negatywnych uczuć
   Rywalizacja
   Pieprzeni humaniści
   Zło jest dobre
   Nic lepszego od demokracji?
   Filozofia, logika i inne
   Wyolbrzymianie niezrozumiałego
   Czyja to wina?
   Bój na argumenty
   Wychowanie w odrazie do zła

ŚWIATOPOGLĄDOWO:
   Czy istnieje Bóg
   I powstał Bóg
   Grzech pierworodny
   Życie po życiu
   Sens życia
   O grzechu
   O raju             
   Wojna                
   W sprawie aborcji
   Śmierć dobra albo zła
   Samobójstwo
   Władza sądownicza
   Teoria mieszania świata
   Ufność i niewiara
   Prawo Gorszego
   Manowce rozwoju

WIELKIE MAŁE PROBLEMY:
   Podatek od szczęścia
   Przeciw depresji
   Recepta na sukces?
   Recepta na porażkę
   Kurs starości
   Starzenie się
   Poczucie krzywdy
   Sprawiedliwość w stosunku 1/2
   Asertywność a wykorzystywanie
   Skuteczne przepraszanie
   Tak się nie chce!
   Motory napędowe
   Jak lubić siebie
   Codzienność przykra czy fajna
   Odruch rezygnacji
   Poznać swoje pragnienia
   Miłość nieszczęśliwa
   Rozkochiwanie
   Urabianie faceta
   Urabianie faceta - błędy
   Urabianie kobiety
   Urabianie kobiety - rozpieszczanie
   Spory i ustępstwa

   



nowości
 
     

NARCYZM SZCZĘŚLIWY

Chcę wziąć w obronę narcyzm. Bo utarło się przekonanie, że narcyzy są tak zapatrzeni w siebie, że nie widzą nic innego.

Ogólnie miłość jest pozytywna więc dlaczego miłość narcystyczna miała by być zła z założenia?
Jak każda miłość - może być zła i może być dobra.

Bo rozróżniam miłość narcystyczną szczęśliwą i nieszczęśliwą.
Można się kochać w sobie szczęśliwie, ale może być sytuacja, że miłość do siebie jest źródłem niedobrych emocji i rozpaczliwego ograniczenia.

Miłość do siebie jest szczęśliwa wtedy, gdy jest na dobre i złe. Nie sztuka kochać siebie młodego, ładnego, bogatego, podziwianego i farciarza. Ale kochać siebie brzydkiego, biednego, chorego, starego lub pechowca to coś więcej. To szczęście które mało co może zmącić.

Jeśli ktoś kocha siebie tylko kiedy mu się wiedzie, to jasne jest, że gdy przestaje się wieść zaczyna być nieszczęśliwy. Tęskni do tego lepszego wcielenia i robi wszystko, żeby móc być takim jakim siebie kocha.
No i wtedy rzeczywiście dąży do tego nie zważając na otoczenie.
A gdy mu się to udaje, to przez cały czas stara się dbać o siebie, żeby broń boże gdzieś mu się nie zapodziało jego ukochane wcielenie.
Nawet jeśli jest szczęśliwy, to mąci mu to obawa, że może się to nagle skończyć.
Nie dziwi więc to rozpaczliwe ograniczenie: JA, JA, JA...

Natomiast Narcyz zakochany w sobie szczęśliwie nie ma takich dylematów. Bogaty czy biedny, ładny czy brzydki, podziwiany czy nie - jest szczęśliwy, że może być ze sobą. I tym szczęściem potrafi się dzielić - tak jak każdy zakochany.
Nie obawiając się, że straci swoją miłość (bo się kocha w każdej sytuacji) może czerpać dodatkową radość z dzielenia się z innymi. To jeszcze mu przysparza miłości do siebie.

Osoby które siebie nie kochają a tylko tolerują są bliskie Narcyzom zakochanym nieszczęśliwie. Też potrafią się cieszyć z siebie jedynie w chwilach dobrej passy.
Więc mimo tego, że nie mają tego zapatrzenia w siebie - jako koledzy, przyjaciele lub osoby pomocne są dużo mniej efektywni od Narcyzów szczęśliwych. Taki pomoże, ale nosi w sobie tą obojętność i pomoc nie jest wypełniona radością pomagania tylko poczuciem obowiązku lub skłonnością do poświęceń.

Narcyz szczęśliwy pomoże chętnie - bo to mu jeszcze poprawia własny wewnętrzny wizerunek, poprawia samopoczucie. Chociaż robi to głównie dla siebie to korzyść ma całe jego otoczenie.
To samo jeśli chodzi o obcowanie z Narcyzem szczęśliwym. Wcale nie musi akcentować swojej wyższości bo potrafi kochać siebie bez adoracji zewnętrznej.
Może się zdarzyć, że przynudza o sobie - ale za to jest pogodny i dobrze życzy otoczeniu. No cóż, tak jak każdy szczęśliwie zakochany.

Uważam, że omawiając zjawisko narcyzmu za mało akcentuje się obie strony narcyzmu. Psychologia wydaje się nie zauważać narcyzmu szczęśliwego - skupiona na narcyzmie nieszczęśliwym. To samo się dzieje w życiu potocznym.
Co w końcu doprowadza do uznania narcyzmu jako stanu upośledzenia.

A narcyzm powinno się propagować - byle ten szczęśliwy!

Ja jestem Narcyzem czego i innym życzę.




   




      kabaret ADI
      kabaret Potem
      Wytwórnia A'YoY
      klub Gęba
      bok
 
   


można się nie zgodzić:

podpis:
e-mail:
treść:


podpis: efka
e-mail: efkakrzyzanowska@wp.pl
narcyzm moim zdanie to nie jest zjawisko pozytywne, gdy ktoś jest narcyzem to uważa, że jest naj: piękniejszy. mądrzejszy, wszystko robi lepiej, a to co nazywasz narcyzmem pozytywnym to po prostu akceptowanie siebie co nie jest narcyzmem nieszczęśliwym

podpis: S.
e-mail: cepelin@aster.pl
Zupełnie świadomie używam określenia Narcyz. Akceptacja siebie to jedno - a miłość do siebie to jednak całkiem coś innego.
Narcyz pozytywny nosi w sobie wszystkie cechy zakochanych - lubi mówić o obiekcie swoich uczuć, potrafi się cieszyć z obcowania z obiektem uczuć, dzieli się swoim szczęściem i kocha bez względu na głosy otoczenia.
Tego sama akceptacja siebie nie zapewni - do tego trzeba być Narcyzem.

podpis: efka
e-mail: efkakrzyzanowska@wp.pl
pomyliłam się w ostatnim wersie, chciałam napisać, o narcyzmie negatywnym

podpis: niewdziosek
Ważna jest tu sprawa procentów - dystrybucji swojej miłości. Jeśli 100% miłości idzie w kierunku własnej osoby to jest to czysty narcyzm, bez domieszek - i to jest stan raczej niespecjalnie pozytywny.

podpis: N.
--- sory, wyciąłem tą wymianę zdań z niewdzioskiem bo było mielenie obok tematu --- S.

podpis: S.
Och te skrajności.
Jeśli jakakolwiek miłość jest skierowana w 100% na jedyny obiekt - to też będzie patologiczna. Czy ktoś kocha tylko wyłącznie matkę, tylko wyłącznie Boga, tylko wyłącznie swojego partnera - mając dla całej reszty obojętność i lekceważenie - to wiadomo, że nie da się z nim wytrzymać.
Tematem nie miała być miłość patologicznie jednokierunkowa tylko miłość do siebie.
A narcyzm nieszczęśliwy to nie miał być ten na 100% (bo to patologia) tylko ten nastawiony na swoje idealizowane wcielenie.

podpis: Zdzichu
Ale tu fajnie, ciesze się że ktoś podjął ten temat. Po serii zakochań uznać muszę że teraz kiedy się za nikim nie oglądam jest to nafajnieszy okres życie z jakim miałem do czynienia. I nie jestem pewien czy nazwał bym się narcyzem ale jak byłem młodszy to zastanawiałem się nad tym pojęciem.
Że właściwie to my wszystko robimy dla siebie, i mogą się ludzie z tym nie zgadzać i bić i po tyłku ale tak chyba jest. Bo od siebie to ty panie nie uciekniesz.
Nawet jak coś pozornie robimy dla innych np kiedy kierujemy się współczuciem, to pomagamy dla siebie, bo nie jesteśmy w stanie znieść myśli że przyjaciel głoduje. Ale wiadomo że do ludzi ostre przykłady przemawiają, to nawet jakby ktoś miał życie oddać za ukochaną osobę to robi to dla siebie bo wie że nie zniósł by egzystencji bez niej.
A co do tej miłości, jak siebie nie potrafiłbym pokochać, to bym uznał że już lepiej żyć w doniczce niż do ludu z miłością.
Ale nas się tępi, kariera tak, zdobywanie umiejętności i sławy domowi tak, ale użyj pan zwrotu miłość do siebie to zboczeńcem dostaniesz w twarz, to chyba też jeszcze spadek po mentalności religijnej, gdzie człowieka odgania się od takich myśli kieruje do boga, jakiś abstrakcji, ogranicza intelektualnie, bo co z mądrej głowy wyjdzie to zawsze chce kościół niszczyć.

podpis: S.
E, raczej nie kościół, bo kościół sam głosi: kochaj bliźniego jak siebie samego.
To raczej złą opinię robią Narcyzy nieszczęśliwe - bo ci domagają się skupienia uwagi na nich, stale w centrum i po trupach.
Tyle, że zamiast darzyć ich taką niechęcią właściwie należało by ich żałować. Bo oni naprawdę mają przesrane.

podpis: Zdzichu
Ależ kościół jak najbardziej, może nie ten ze wschodu bo to bardziej filozofia niż kult. Ale ten katolicki, gdzie w człowieku nie ma za bardzo nic ciekawego i od człowieka za dużo się nie oczekuje stąd moralność negatywna (zasady moralne ale tylko w formie zakazów)

podpis: N.
[próbowałam się powstrzymać, ale jednak jeszcze trochę pomielę ;)]
Zdzichu, spłycasz. Żadna religia (przynajmniej z tych większych) nie piętnuje zdrowo pojmowanej miłości do siebie. To LUDZIE interpretują pewne rzeczy po swojemu, przekręcają, a w efekcie ograniczają i tępią. I przynależność do kościoła nie ma tu nic do rzeczy. A Ty uogólniasz i jedziesz po stereotypach. Ała...
Poza tym, chciałam jeszcze wrócić do tej samoakceptacji. Tak czuję, że efka ma trochę racji. Zależy jak rozumieć akceptację. Wg mnie jest tak: akceptacja to coś więcej niż tolerancja. Tolerancja to bylejakość - nie ma w niej silnych uczuć: ani negatywnych, ani pozytywnych. Ale samoakceptacja to już bycie szczęśliwym w relacji z samym sobą, niezależnie od 'wcielenia' - lubienie siebie, podobanie się sobie takim, jakim się jest, wiara i zaufanie do samego siebie, generalnie masa pozytywnych emocji wobec siebie. Stąd już blisko do miłości.
No i jak dla mnie nazewnictwo to sprawa drugorzędna - szczęśliwy narcyzm, samoakceptacja - nieważne. Ważne, że taka miłość do samego siebie 'na dobre i na złe' jest w porządku i potrafi dużo dobrego zdziałać. To tyle. Kropka.

podpis: Zdzichu
Tego o czym tu mówimy? Miłość narcystyczną potępia cały świat pewnie oprócz części ludzi pod tym artykułem i jakieś sekty z Australii.
Religia nie stawia na rozwój człowieka. Człowiek z założenia jest zły a jedynie ma zdolność do dobra. To nie jest dobre stanowisko dla narcyzów które w pewnym sensie będą na sobie kończyć, nie zamykać się przed światem o czym mówi psychologia.
Właściwie to zgodzę się z tobą panno N :) że to kwestia nazewnictwa. Narcyz pozytywny będzie podkreślał rolę świadomości, bo od własnego ja nie uciekniemy, ale to coś więcej niż akceptacja. Bo ten zdrowy narcyz chyba nie wiąże się w pary.

podpis: S.
N. - tak, akceptacja to więcej niż tolerancja - ale mniej jednak niż miłość.
Dlaczego się tak upieram przy tym rozumieniu?
Bo alternatywą dla narcyzów zakochanych nieszczęśliwie (zamiast jakiejś terapii odkochującej) może okazało by się przekonanie ich do narcyzmu szczęśliwego. Może to mogło by się udać?
A przekonywanie narcyzów do samoakceptacji???... Dziwne.

podpis: N.
Hmm... Racja, z tej perspektywy to rzeczywiście ma sens - przekonałeś mnie :)
(już wiem gdzie mój tok myślenia skręcił w inną stronę: samoakceptacji bardzo blisko do narcyzmu szczęśliwego, ale bardziej w odniesieniu do ludzi, którzy w ogóle siebie nie kochają - wtedy jest ona etapem na drodze do miłości)

podpis: moniax
narcyz poprostu akceptuje siebie takim jakim jest;) jest zadowolony z siebie.

podpis: S.
Aż mi głupio za mój upór - ale to znów nieuprawnione uproszczenie.

podpis: mrowka
czy narcyz szczęśliwy to nie jest po prostu ten, kto chce być szczęśliwy i do tego cały czas dąży (ale nie kosztem innych, tylko przez własny rozwój)?

podpis: S.
To trąci niepotrzebnym idealizmem (chociaż o to chodzi). Ważne by kochać siebie do tego stopnia, żeby nie zadręczać otoczenia nieustanną chęcią potwierdzania swojej wyjątkowości.

podpis: Robo
e-mail: robofh@wp.pl
Ale czasami chyba można tą wyjątkowość potwierdzić?
Ot tak dla dobrego samopoczucia, nie po to żeby siebie przekonywać o własnej wyjątkowości, tylko dlatego, że to potwierdzenie jest pochodną własnego szczęśliwego narcyzmu?

podpis: mrowka
to może niepotrzebnie upraszczam. Ale w sumie jeśli ktoś kocha siebie, to jest świadomy własnej wartości - i nie musi za bardzo szukać potwierdzenia w oczach innych, przynajmniej nie często. źródło radości zawsze gdzieś sobie znajdzie...

podpis: S.
No i zgoda - pod warunkiem właśnie, że ta miłość jest na dobre i złe (bo narcyzy nieszczęśliwe muszą wciąż szukać potwierdzenia).

podpis: Aga
e-mail: Agaf777@wp.pl
A czy w tym całym narcyźmie nie chodzi po prostu o to, że aby być szczęśliwym, żeby wiedzieć co to znaczy i żeby móc dawać szczęście innym trzeba po prostu potrafić być szczęśliwym, przynajmniej lubić siebie, cenić i podziwiać;
Zacząć od siebie i wyjść na zewnątrz;
Skupiając się na innych, samemu nie będąc szczęśliwym, poświęcając się w imię czegoś; Czy to rzeczywiście będzie dla nas dobre? Można tak nawet przeżyć całe życie, ale powstaje wtedy pytanie, czyje ono będzie; Innych czy nasze? Uczą nas, żeby robić dla innych, myśleć o innych itd.
Dobrze, róbmy tak, ale nie pomijając w tym wszystkim siebie. Dajmy sobie moralne prawo postawić się na pierwszym miejscu. Gdy będziemy się czuć pełni, gdy sami siebie będziemy akceptować i lubić to wtedy nie będziemy czuć potrzeby krzywdzić innych, poniżać kogoś, dowartościowywać się kosztem innych bo po prostu nie będzie to nam potrzebne.
Bo po co?

podpis: LALUNIA
JA też jestem narcyzem

podpis: Włodek
e-mail: wlodzimierz.kowalik@wp.pl
Narcyzm czyli miłość siebie samego. Znowu arystotelizm. Sikora jest dość krystalicznym przypadkiem.

podpis: lewy
jakies farmazoty tu pierniczysz !!!!
"Narcyz szczęśliwy pomoże chętnie - bo to mu jeszcze poprawia własny wewnętrzny wizerunek, poprawia samopoczucie. Chociaż robi to głównie dla siebie to korzyść ma całe jego otoczenie."
skoro robi to sam dla siebie to ja dziekuje, normalny czlowiek (nie narcyz) jest gotowy poswiecic sie np. dla rodziny

podpis: prawy
lewy to nawet ma sens

podpis: S.
Mój ty Lewy...
Skoro tak Ci przeszkadza, że ktoś wytwarza obiektywne dobro robiąc to dla siebie - to nic się na to poradzić nie da.
A mam wrażenie, że większość wytwarzanego dobra jest robiona dla siebie - ale to już problem czy okłamywać, że to z czystego (niewiadomo skąd) altruizmu, czy szczerze przyznawać, że robienie dobra sprawia komuś hedonistyczną przyjemność.
Jakoś nie widzę w tej przyjemności nic złego.

A tym normalnym to współczuję - poświęcają się dla innych nie mając z tego żadnej przyjemności.
To smutne.

podpis: mackooff
Narcyzm ...
Czy w ogóle może istnieć taka jednostka chorobowa? Jeśli ktoś nie uważa siebie samego za lepszego, mądrzejszego, inteligentniejszego, zdolniejszego to jest to zwykła śmierć mózgowa, śmierć jakiegokolwiek postępu.
Jeśli nie uważam się za lepszego to w zasadzie poco robię cokolwiek ?
Mamy dosyć prostą implikację logiczną jeśli nie uważam się za lepszego to znaczy, że uważam że jestem taki sami jak inni lub, że jestem gorszy niż inni.
Wątpię żeby takie myślenie mogło prowadzić do jakiegokolwiek szczęścia - depresja w dość czystej formie.
No chyba że ktoś chce być nieszczęśliwy, ale o takiej perwersji jeszcze nie słyszałem.

A co się tyczy dość typowego dla narcyzów wykorzystywania innych do swych celów... to jest takie stare powiedzenie "po pierwsze nie szkodzić".
A co jeśli obie strony z tego korzystają? Lub efektem ubocznym jest szczęście - to cóż piękniejszego.

Na zakończenie... mąż wykorzystuje żonę, a żona męża, ty przygotuj obiad, a ja narąbie drewna. Narcyzm czy symbioza? Tutaj widać że narcyzm może prowadzić do szczęścia i to obopólnego.
Zależy jak na to spojrzeć.

podpis: S.
Tak. Narcyzem należy być.
Choćby się nie było lepszym, mądrzejszym itd. to zawsze jest tym Kimś w Centrum. W centrum swojego świata. To już jest powód, żeby samego siebie traktować jako kogoś wyjątkowego.
Byle nie szkodzić. Ani innym a już tym bardziej sobie.
 
podpis: Jarek
e-mail: neofitus@outlook.com
Potocznie mówiąc narcyzm- To choroba wywodząca się z dzieciństwa, Gdzie rodzice cię wywyższali lub odwrotnie. Główną cechą jest opieranie się na opinii innych. Reszta to już szczegóły, wiem bo sam jestem narcyzem. Raz mam myśli samobójcze a chwile potem nazywam się "wybrańcem boga",to naprawdę ciężka choroba. To co ty napisałeś to hmmm "normalność". Narcyzm jest nacechowany negatywnie, swoją teorię powinieneś nazwać inaczej.
 
podpis: S.
e-mail: ...
Jakoś inaczej kojarzy mi się pojęcie narcyzmu. Jako skierowanie uwagi na siebie - emocji i zainteresowania.
Potrzeba zwrócenia na siebie uwagi otoczenia - też jest narcyzmem - ale nie jedynym (wg mnie).
Uzależnienie się od zewnętrznych opinii - chyba nie jest jednoznaczne z narcyzmem. (chociaż współwystępujące i często kojarzone)
Stany depresyjno-maniakalne wśród narcyzów rzeczywiście będą częstsze - ze względu na skupienie na sobie uwagi.
Opisany przeze mnie narcyzm - chociaż pozytywny - też jest narcyzmem. Właśnie przez to skupienie na sobie uwagi. Tylko nie podlega takim wahaniom. Jest bardziej samowystarczalny. Sam się adoruje - więc nie potrzebuje tak tego z zewnątrz. (chociaż nie pogardzi)
Znam narcyzów obu typów.
Pozytywni nie są tak uciążliwi (główna wada, że czasem przynudzają - jak to zakochani) - ale dobrze się ze sobą czują. I dobrze życzą otoczeniu.
Negatywni mają gorzej. Bez adoracji zewnętrznej czują się źle, wymuszają tą adorację, bywają mocno nieempatyczni. Trudniej im się cieszyć sobą i otoczeniem.
Świadomie nazywam narcyzm pozytywny narcyzmem - bo pokutujący wśród ludzi przesąd, że narcyzm to zło - hamuje miłość własną.
Bo "Normalność" to raczej przestrzeganie zasad współegzystencji i pewne samoograniczenia (wpojone prawdopodobnie przez środowisko) - to jest dalekie od mojego opisu narcyzmu szczęśliwego (który nie uznaje samoograniczeń i kultu skromności).
 
podpis: Jolka
e-mail: gulliver89115@yahoo.com
Ciekawa opinia. Wydaje mi sie jednak, ze zapomniales o maskach narcyza. Dlaczego je naklada? Bo kopiuje innych aby sie dopasowac do srodowiska. Jego falszywe JA to wynik swojej nienawisci i braku milosci do siebie.
Jesli jestes takim jak piszesz, to, oczywiscie, nie jestes narcysta.
 
podpis: Ula
e-mail: ...
Narcyzm to osobowość. W narcyzie nie jest problemem to, że kocha siebie.,a to, że poniża wszystkich innych. Poucza innych sam robiąc dokładnie te same błędy. WIdzi błędy innych a swoich- identycznych nie zauważa. Krzywdzi, nie ma empatii. W samym kochaniu nsiebie nic złegol nie ma- ale poczytaj kim w psychologii jest narcyz - to nie tylko kochanie siebie. Narcyz to upośledzenie bo on właśnie traktuje ludzi w taki sposób w jaki sam nigdy nie pozwoliłby się potraktować. Daje sobie przyzwolenie na krzywdzenie innych nieustannie narzekając jak on jest skrzywdzony. Ciężko to zrozumieć zanim nie pozna się prawdziwego (w psychologii określanego) narcyza.
 
podpis: S.
e-mail: ...
O.K. Fajnie.
Ale w takim razie kim jest człowiek, który kocha siebie ponad wszystkich? (bezwarunkowo)

Czy chodzi o zdeprecjonowanie miłości do siebie samego, przez przedstawianie narcyzmu tylko w negatywnym świetle - czy jest jednak osobne oznakowanie narcyzmu szczęśliwego?
Że narcyz to ten nieszczęśliwy - a ten szczęśliwie zakochany w sobie to ...?
 
podpis: detu
e-mail: detu@wp.pl
Dużo zależy od tego, co masz na myśli. Mam bowiem wrażenie, że dochodzi tu do nie do końca ścisłego wyróżnienia pojęć. Szacunek do samego siebie jest podstawą naszych relacji międzyludzkich. I każdy ma trochę z narcyza w sobie - to taki instynkt obronny każdego z nas. I każdy w pewnym wieku przechodzi przez okres narcystyczny: w wieku kilku lat, zanim dziecko odkryje, że nie jest centrum świata dla innych, oraz w okresie dojrzewania. I jest to proces całkowicie naturalny, który prowadzi do dalszego rozwoju osobowości. Niemniej jednak nie u wszystkich. Czym innym szacunek i miłość do samego siebie, czym innym tzw. Narcissistic Personal Disorder, które jest już bardzo poważnym zaburzeniem osobowości charakteryzującym się brakiem empatii, skłonnościami do manipulacji, podporządkowywania sobie innych (zwłaszcza najbliższych), arogancją, gdy ktoś nie spełnia naszych oczekiwań. Miłość własna - jak najbardziej, ale NPD - to już raczej poważne zaburzenie, które nie otwiera zbyt ciekawych perspektyw w bliskich relacjach międzyludzkich takich jak rodzina, miłość, przyjaźń.
 
podpis: S.
e-mail: ...
Zgoda ze wszystkim.
Jednak umiłowanie siebie (najlepiej bezwarunkowe) czyż narcyzmem nie będzie? Jeśli nie będzie - to jakie określenie należy przypisać?
A jeśli będzie - to jest pozytywne oblicze narcyzmu.
NPD już w nazwie ma dysfunkcję.
Dla szczęśliwego byłoby NPO. Czy jakoś tak...